Dla mnie dobry krem do rąk musi spełniać dwa warunki: realnie nawilżać (a nie tylko oblepiać skórę silikonem) i pozwalać mi normalnie funkcjonować zaraz po użyciu. Nie ma nic gorszego niż tłuste palce zostawiające ślady na klawiaturze czy telefonie. Czy propozycja od Kiehl’s sprostała tym wymaganiom? Zapraszam do recenzji.
Kiehl’s Ultimate Strenght Hand Salve – pierwsze wrażenia, opakowanie, konsystencja i cena
Moja wersja kremu to miniatura wyciągnięta prosto z okienka kalendarza adwentowego, co jest świetną okazją do przetestowania produktu przed inwestycją w pełny wymiar. Warto zaznaczyć, że cena i wielkość, które tu opisuję, dotyczą standardowej oferty. Na stronie producenta za tubę o pojemności 75 ml trzeba zapłacić 99 złotych. To sporo jak na krem do rąk, więc moje oczekiwania względem wydajności i działania były od początku bardzo wysokie. Opakowanie to klasyczna, miękka, plastikowa tubka z wygodnym zamknięciem na „klik”, utrzymana w typowej dla marki, minimalistycznej estetyce.
Pierwsze, co rzuca się w oczy (a raczej w nos) po otwarciu, to zapach. A właściwie jego specyficzny charakter. Krem ma lekko apteczny, ziołowy aromat, kojarzący się z maściami leczniczymi, który jednak momentalnie znika po rozsmarowaniu. Po chwili na skórze nie czuć już dosłownie nic. Dla osób wrażliwych na perfumowane kosmetyki będzie to ogromny plus, choć ja osobiście lubię, gdy dłonie ładnie pachną.
Konsystencja produktu jest bardzo gęsta, wręcz zbita i ma biały kolor. Nie jest to lejące się mleczko, które spływa z dłoni, ale konkretna pasta. Mimo swojej gęstości, produkt zaskakująco łatwo wydobywa się z tubki i nie sprawia problemów przy rozprowadzaniu. Już przy pierwszym dotyku czuć, że mamy do czynienia z treściwą formułą, a nie wodnistym lotionem.

Jakie efekty ma dać krem do rąk Kiehl’s?
Producent nie owija w bawełnę – to ma być produkt do zadań specjalnych. Kiehl’s reklamuje go jako „barierę ochronną” dla dłoni, która działa niczym niewidzialna rękawiczka. Głównym zadaniem kremu jest intensywne nawilżenie nawet bardzo suchych dłoni oraz ochrona przed utratą wilgoci w ciągu dnia. Ma to być ratunek dla osób wykonujących prace fizyczne lub narażonych na trudne warunki atmosferyczne.
Sekret skuteczności ma tkwić w bogatym składzie. Formuła zawiera mieszankę odżywczych olejów: znajdziemy tu olejek z awokado, który jest skarbnicą witamin i kwasów tłuszczowych, oraz olejek z nasion sezamu. Te składniki mają za zadanie zmiękczyć naskórek i odbudować barierę lipidową.
Dodatkowo w składzie obecny jest olejek eukaliptusowy, który odpowiada za to początkowe, odświeżające wrażenie, oraz niezastąpiona gliceryna. To właśnie ona wiąże wodę w naskórku, zapewniając długotrwałe nawilżenie. Całość brzmi jak solidny, regenerujący kompres, którego moja skóra potrzebowała.

Jak używałam kremu nawilżającego do suchych dłoni Kiehl’s?
Moim ulubionym sposobem na testowanie tego typu produktów jest nakładanie ich na noc. Aplikowałam grubszą warstwę kremu tuż przed snem, traktując go niemal jak maskę regenerującą. Dzięki gęstej konsystencji mogłam nałożyć go sporo, licząc na to, że przez noc zdziała cuda. Używałam go również w ciągu dnia, w pracy biurowej, aby sprawdzić, jak zachowuje się w „warunkach bojowych”.
To, co mnie najbardziej zaskoczyło, to tempo wchłaniania. Mimo swojej gęstości, krem Kiehl’s znika ze skóry błyskawicznie. W ogóle nie pozostawia tłustej, lepkiej warstwy, która jest zmorą wielu bogatych kremów. Skóra staje się matowa i sucha w dotyku niemal od razu po aplikacji.
To ogromna zaleta, bo chwilę po posmarowaniu rąk mogłam wrócić do pisania na klawiaturze czy przeglądania telefonu bez obawy, że wszystko dookoła będzie upalcowane. Taki komfort użytkowania sprawia, że chętniej sięgałam po niego również w ciągu aktywnego dnia, a nie tylko wieczorem.

Czy krem do rąk Kiehl’s Ultimate Strenght Hand Salve jest warty polecenia?
Zdecydowanie tak! Krem bardzo fajnie nawilża, przynosi ulgę ściągniętej skórze i radzi sobie z szorstkością. Jego największym atutem jest to, że nie jest tłusty i, co ważne, nie zostawia śladów na wszystkim, na czym spoczną nakremowane palce. To czyni go idealnym kremem do torebki, do biura czy do samochodu – wszędzie tam, gdzie potrzebujemy nawilżenia, ale nie mamy czasu czekać na wchłonięcie się kosmetyku.
Muszę jednak być szczera w kwestii moich osobistych preferencji. Choć działanie jest świetne, mi brakuje w nim zapachu. Lubię, gdy pielęgnacja dłoni jest też małym rytuałem aromaterapeutycznym. Dlatego Kiehl’s stawiam na podium moich ulubionych kremów tuż obok kremu do rąk Rituals The Ritual of Jing. Tamten wygrywa zapachem, ten z Kiehl’s – niesamowitą, „niewidzialną” formułą.
Podsumowując, jeśli szukasz konkretnego, działającego produktu, który nie utrudnia życia swoją lepkością – warto zainwestować, nawet mimo wysokiej ceny. Miniatura z kalendarza to świetny wstęp do tej przyjaźni, ale czuję, że pełnowymiarowe opakowanie zagości u mnie na dłużej.